Biegi górskie

Bieganie na wysokości — co realnie zmienia się w górach i od ilu metrów

Mierzalny spadek wydolności zaczyna się niżej, niż mówi legenda: u wytrenowanych biegaczy widać go już między 300 a 800 metrami i postępuje o 6,3% maksymalnego pochłaniania tlenu na każde 1000 metrów. Odczuwalny robi się jednak dopiero wyżej — na 1600 metrach to około ośmiu procent, czyli mniej, niż zabiera upał. Korzyść działa w drugą stronę: cztery tygodnie mieszkania na 2500 metrach dały w klasycznym badaniu poprawę na pięciu kilometrach o 13,4 sekundy, więc tydzień urlopu w górach nie jest żadnym treningiem wysokościowym. Niżej: tabela strat na każdej wysokości, przebieg pierwszej doby, zegary aklimatyzacji, wzrost promieniowania rumieniotwórczego o 18% na każdy tysiąc metrów oraz to, dlaczego cała Polska mieści się metr poniżej progu, od którego wytyczne w ogóle mówią o chorobie górskiej.

Redakcja Opublikowano Aktualizacja 16 min czytania
Biegacz w kamizelce biegowej na kamienistej ścieżce wysoko ponad linią lasu, w tle rozległa panorama gór i dolina spowita chmurami
Powyżej linii lasu zmienia się nie tylko widok, ale i tempo, którego da się dowieźć do końca. Na polskich trasach różnica jest kilkuprocentowa, w Alpach zaczyna decydować o planie całego dnia.

6,3 % na 1000 m

spadek maksymalnego pochłaniania tlenu u wytrenowanych biegaczy; rozrzut indywidualny od 4,6 do 7,5%

14,5 % na 1000 m

skrócenie czasu, przez który da się utrzymać tę samą wysoką prędkość — ponad dwa razy szybciej niż spada samo VO2max

2499 m

najwyższy punkt w Polsce; wytyczne zaczynają mówić o ostrej chorobie górskiej dopiero od 2500 m

13,4 sekundy

cały zysk na 5 km po czterech tygodniach mieszkania na 2500 m i trenowania na 1250 m

Trzy rzeczy, które rozstrzygają

  • Strata jest liniowa i niewielka na polskich wysokościach: 6,3% wydolności na każde 1000 metrów, czyli około ośmiu procent na 1600 metrach. Znacznie dotkliwsze jest to, że czas utrzymania konkretnej prędkości skraca się o 14,5% na 1000 metrów — na wysokości nie brakuje siły, tylko nie da się dowieźć tempa.
  • Zysk wymaga tygodni mieszkania wysoko, nie tygodnia biegania wysoko. W badaniu, na którym stoi cały ten pomysł, poprawę uzyskała wyłącznie grupa mieszkająca na 2500 metrach i trenująca na 1250, a wyniosła ona 13,4 sekundy na pięciu kilometrach po czterech tygodniach obozu.
  • Cała Polska leży poniżej 2500 metrów, czyli poniżej progu, od którego wytyczne mówią o ostrej chorobie górskiej. Na krajowych trasach realnym zagrożeniem jest wychłodzenie, odwodnienie, promieniowanie rumieniotwórcze rosnące o 18% na każdy tysiąc metrów i pogoda, a nie niedotlenienie.

Od ilu metrów bieganie naprawdę robi się trudniejsze

Mierzalny spadek wydolności zaczyna się znacznie niżej, niż mówi legenda o „trzech tysiącach” — u wytrenowanych biegaczy widać go już między 300 a 800 metrami nad poziomem morza, a dalej postępuje liniowo, o 6,3% maksymalnego pochłaniania tlenu na każde 1000 metrów [1]. Odczuwalny robi się jednak dopiero wyżej: na 1600 metrach, czyli na górnej półce polskich tras biegowych, jest to 8,2 procent, a więc mniej, niż zabiera upał albo źle przespana noc.

Odwrotnie działa druga strona tej samej sprawy i to ona jest źródłem większości nieporozumień. Korzyść z „treningu wysokogórskiego” zaczyna się dużo wyżej i trwa dużo dłużej, niż zakłada osoba jadąca na tydzień w Tatry. W klasycznym badaniu nad modelem „mieszkaj wysoko, trenuj nisko” cztery tygodnie mieszkania na 2500 metrach dały poprawę na pięciu kilometrach o 13,4 sekundy [2]. Cztery tygodnie. Trzynaście sekund.

Niżej: tabela strat na każdej wysokości, co się dzieje w pierwszej dobie, ile trwa aklimatyzacja, dlaczego promieniowanie UV rośnie szybciej niż wysokość, i gdzie w tym wszystkim mieści się Polska — cała, co do metra, poniżej progu, od którego wytyczne w ogóle zaczynają mówić o chorobie wysokościowej.

Czerwone flagi — kiedy przerwać wysiłek, zejść i szukać pomocy

Podróż powyżej 2500 metrów przez osobę nieaklimatyzowaną, mieszkającą na nizinach, wiąże się z ryzykiem ostrej choroby górskiej (AMS) oraz jej dwóch groźnych dla życia postaci: obrzęku mózgu (HACE) i obrzęku płuc (HAPE) [3]. Poniżej tego progu takie stany są rzadkie, ale objawy poniżej opisane obowiązują niezależnie od wysokości, na której się pojawią.

Ostrą chorobę górską rozpoznaje się według skali z 2018 roku po czterech objawach: bólu głowy, dolegliwościach żołądkowo-jelitowych, zmęczeniu lub osłabieniu oraz zawrotach głowy. Każdy ocenia się od 0 do 3, a warunkiem jest obecność bólu głowy i suma co najmniej 3 punktów. Ocenę wykonuje się nie wcześniej niż sześć godzin po wejściu na nową wysokość, żeby nie pomylić choroby górskiej ze zmęczeniem podróżą. Zaburzenia snu, obecne w wersji z 1991 roku, zostały ze skali usunięte — okazały się skutkiem samego niedotlenienia, a nie objawem choroby [4].

Przerwij wysiłek, zejdź niżej i szukaj pomocy, jeśli pojawi się którakolwiek z tych rzeczy.

  • Zaburzenia równowagi i chodu — niemożność przejścia kilku kroków stopa za stopą po linii prostej u osoby, która wcześniej szła normalnie
  • Splątanie, dziwne zachowanie, senność, z której trudno kogoś wybudzić, zaburzenia mowy lub widzenia
  • Duszność w spoczynku, która nie ustępuje po kilku minutach odpoczynku, kaszel, uczucie ucisku w klatce piersiowej, nagły i nieproporcjonalny spadek możliwości wysiłkowych
  • Ból głowy, który narasta mimo odpoczynku i nawodnienia, wymioty uniemożliwiające picie
  • Objawy, które nie ustępują po godzinie odpoczynku albo pogarszają się w trakcie schodzenia

Trzy zasady, które ratują najwięcej sytuacji i nie wymagają żadnego sprzętu:

  • Z objawami się nie wchodzi wyżej. Nie „jeszcze tylko na przełęcz”. Nigdzie.
  • Zejście jest podstawowym postępowaniem. Jeśli objawy się nasilają albo nie ustępują, schodzisz — i schodzisz od razu, a nie „jak się rozjaśni”.
  • Osoby z objawami nie zostawia się samej, także wtedy, gdy twierdzi, że czuje się dobrze. Pogorszenie w tych stanach bywa szybkie, a jednym z jego składników jest to, że chory przestaje trafnie oceniać własny stan.

Ten tekst nie służy do rozpoznawania choroby u siebie ani u kogoś innego i nie zastępuje kontaktu z lekarzem. Nie podajemy nazw ani dawek leków — profilaktyka i leczenie farmakologiczne istnieją, ale są decyzją lekarza podjętą przed wyjazdem, a nie rzeczą do ustalenia na szlaku. Zasady, na jakich powstają nasze treści, opisujemy w polityce redakcyjnej.

Ile realnie tracisz na każde 1000 metrów

Ośmiu wytrenowanych biegaczy przeszło w komorze hipobarycznej sześć testów — na wysokościach 300, 800, 1300, 1800, 2300 i 2800 metrów — biegnąc do odmowy z tą samą prędkością na każdej z nich. Maksymalne pochłanianie tlenu spadło z 66 do 55 mililitrów na kilogram na minutę, co autorzy podsumowali jako 6,3% na każde 1000 metrów (rozrzut indywidualny od 4,6 do 7,5%). Wysycenie hemoglobiny tlenem na końcu wysiłku spadło z 89,0% na 300 metrach do 76,5% na 2800 [1].

I teraz liczba, która jest w tym badaniu najważniejsza, a którą poradniki najczęściej pomijają. Czas, przez który dało się utrzymać tę samą prędkość, skracał się o 14,5% na każde 1000 metrów — czyli ponad dwa razy szybciej niż spadało samo VO2max [1]. Wydolność maleje łagodnie, zdolność do utrzymania konkretnego tempa maleje stromo. To jest fizjologiczne uzasadnienie zdania, które i tak każdy zna z praktyki: na wysokości nie tyle brakuje siły, ile nie da się dowieźć tempa do końca.

WysokośćSzacowany spadek VO2max wobec 300 m n.p.m.Skrócenie czasu przy stałej, wysokiej prędkości (też wobec 300 m)Co to znaczy w praktyce
500 m−1,3%−2,9%nie do wychwycenia bez laboratorium
800 m−3,1%−7,2%pierwsza wysokość, na której pomiar widzi różnicę
1000 m−4,4%−10,1%odczuwalne dopiero w mocnym akcencie, nie w spokojnym biegu
1300 m−6,3%−14,5%tempo progowe wyraźnie trudniejsze do utrzymania
1600 m−8,2%−18,9%górna półka polskich tras biegowych
2000 m−10,7%−24,6%wyjazd w Alpy zaczyna się mniej więcej tutaj
2499 m−13,9%−31,9%najwyższy punkt w Polsce
2800 m−15,8%−36,2%najwyższa wysokość zbadana w cytowanym pomiarze

Cztery zastrzeżenia do tej tabeli. Zero tej tabeli leży na 300 metrach nad poziomem morza, bo to najniższa wysokość, na której wykonano pomiar [1] — wiersz „500 m → −1,3%” mówi więc o stracie wobec trzystu metrów, a nie wobec poziomu morza. Przy odczycie z poziomu morza każdą wartość trzeba by podnieść o mniej więcej 1,9 punktu procentowego. Wiersze poniżej 800 metrów i powyżej 2800 to ekstrapolacja liniowego modelu poza zakres, w którym mierzono — traktuj je jako rząd wielkości. Kolumna trzecia opisuje bardzo konkretną rzecz: czas do odmowy przy stałej prędkości odpowiadającej 107% wydolności z poziomu morza, a więc wysiłek krótki i bardzo mocny. Nie jest to prognoza czasu na dziesiątce ani na maratonie i nie wolno jej tak czytać. I trzecie: pomiar wykonano na wytrenowanych biegaczach, u których spadek zaczyna się niżej niż u osób nietrenujących — im wyższa wydolność wyjściowa, tym wcześniej niedotlenienie zaczyna ją ograniczać.

Polska kończy się metr poniżej progu

Najwyższy punkt w Polsce leży na wysokości 2499 metrów — jeden metr poniżej 2500 metrów, od których wytyczne w ogóle zaczynają mówić o ostrej chorobie górskiej u nieaklimatyzowanych mieszkańców nizin [3]. To nie jest zabawny zbieg okoliczności, tylko najkrótsze możliwe podsumowanie całego tematu dla polskiego biegacza.

Praktycznie oznacza to trzy rzeczy.

Na polskich trasach górskich fizjologia wysokości nie jest Twoim problemem. Biegasz w paśmie, w którym strata wynosi kilka procent wydolności — mniej, niż zabiera trzydziestostopniowy upał albo katar. Jeśli podbieg jest ciężki, to dlatego, że jest stromy, a nie dlatego, że powietrze jest rzadkie. Ile z tej trudności bierze się z samego nachylenia, rozłożyliśmy przy przewyższeniach i płaskich kilometrach.

Problemem są rzeczy, które z wysokością mylimy. Wychłodzenie, odwodnienie, wyczerpanie, uraz i pogoda zmieniająca się w kwadrans zabierają w polskich górach nieporównanie więcej osób niż niedotlenienie. Lista sprzętu, która to obsługuje, stoi przy wyposażeniu obowiązkowym na bieg górski.

Wyjazd w Alpy albo Pireneje to inna rozmowa. Tam schroniska stoją na wysokościach, na których Polska się kończy, a trasy prowadzą wyżej. Wszystko, co niżej w tym tekście dotyczy aklimatyzacji, pierwszej doby i choroby górskiej, dotyczy właśnie tego wyjazdu — a nie weekendu w Beskidach.

Biegacz w kurtce stoi na kamienistej grani wysoko ponad linią lasu, w tle kolejne pasma gór i niska warstwa chmur pod nim
Widok spod chmur jest złudnym wskaźnikiem wysokości — chmury w górach potrafią stać na tysiącu metrów. O tym, czy fizjologia się liczy, decyduje odczyt z mapy, a nie to, jak wysoko się wydaje.

Pierwsza doba jest najgorsza i to nie jest wrażenie

Kolejność zdarzeń po wejściu na wysokość jest powtarzalna i tłumaczy, dlaczego pierwszy dzień jest gorszy niż trzeci.

Oddech przyspiesza od razu. Niedotlenienie zwiększa wentylację, ta wypłukuje dwutlenek węgla, a wypłukanie dwutlenku węgla zmienia odczyn krwi. Nerki kompensują to dopiero w ciągu kolejnych dni. Przez ten czas oddech jest szybszy przy tym samym wysiłku i szybszy w spoczynku — łącznie z nocą.

Tętno przy tym samym tempie jest wyższe. Serce nadrabia to, czego nie dowozi krew: przy niższym wysyceniu hemoglobiny trzeba przepompować jej więcej, żeby dostarczyć tyle samo tlenu. Zegarek pokazuje wtedy tętno progowe przy tempie, które w domu było spokojne — i jest to odczyt prawdziwy, a nie usterka.

Objętość osocza spada w ciągu pierwszych dni. Krew gęstnieje, hemoglobina na mililitr rośnie — ale nie dlatego, że przybyło krwinek. Początkowa hemokoncentracja bierze się wyłącznie ze zmniejszenia objętości osocza, a ekspansja masy czerwonych krwinek pojawia się dopiero po tygodniach i jest zwykle skromna [5]. Ponieważ ubytek osocza jest szybszy i zwykle większy niż przyrost krwinek, objętość krążącej krwi w pierwszych tygodniach jest niższa niż w domu [5]. To najbardziej niedoceniany fakt z całej tej listy: wyższa hemoglobina w morfologii po powrocie z gór nie jest jeszcze dowodem na to, że coś zyskałeś.

Sen jest gorszy. Nie chodzi o hałas w schronisku. Zaburzenia snu na wysokości są na tyle regularnym skutkiem samego niedotlenienia, że komisja rewidująca skalę choroby górskiej wykreśliła je z listy jej objawów — właśnie dlatego, że pojawiają się u ludzi, którzy nie chorują [4].

Praktyczny wniosek jest jeden i nudny: pierwsza doba jest doba na spacer, a nie na trening. Jeśli program przewiduje długie wybieganie w dniu przyjazdu, to program jest zły.

Aklimatyzacja: co się zmienia i ile to trwa

Aklimatyzacja nie jest jednym procesem, tylko kilkoma o różnych zegarach — i stąd bierze się większość rozczarowań.

Co się zmieniaKiedyCo to daje
wzrost wentylacjiminuty–godzinywięcej powietrza na oddech, kosztem wypłukiwania dwutlenku węgla
kompensacja nerkowa odczynu krwi1–4 dobyoddech przestaje być tak nieproporcjonalny do wysiłku
spadek objętości osoczapierwsze dobywyższa hemoglobina na mililitr, ale niższa objętość krwi
wzrost masy czerwonych krwinektygodnieto jedyna zmiana zwiększająca realną pojemność tlenową — i najwolniejsza
powrót po zejściudni–tygodnieto, co zbudowałeś przez tygodnie, rozchodzi się szybciej, niż powstawało

Dla kogoś, kto jedzie na zawody w Alpy, praktyczna konsekwencja jest taka: albo przyjeżdżasz na tyle wcześnie, żeby zdążyła zadziałać kompensacja nerkowa i objętość osocza zdążyła się ustabilizować, albo startujesz tak szybko po przyjeździe, żeby zdążyć przed najgorszym. Środek — start w drugiej albo trzeciej dobie — trafia dokładnie w dołek. Nie mamy dla tej reguły pomiaru na biegaczach startujących w terenie i podajemy ją jako wniosek z kolejności zdarzeń wyżej, a nie jako wynik badania.

Dlaczego tydzień w górach nie jest „treningiem wysokogórskim”

Model, na który powołuje się cały ten pomysł, nazywa się „mieszkaj wysoko, trenuj nisko” i został opisany w badaniu z 1997 roku. Trzydziestu dziewięciu wytrenowanych biegaczy podzielono na trzy grupy na cztery tygodnie obozu: mieszkanie na 2500 metrach z treningiem na 1250, mieszkanie i trening na 2500 oraz grupa kontrolna nizinna. Obie grupy wysokościowe zyskały 5% VO2max proporcjonalnie do przyrostu masy czerwonych krwinek o 9%. Ale wynik na pięciu kilometrach poprawiła wyłącznie grupa mieszkająca wysoko i trenująca nisko — o 13,4 sekundy [2].

Wyciągnij z tego trzy rzeczy.

Zadziałało mieszkanie, nie bieganie. Bodźcem był czas spędzony wysoko, liczony w tygodniach i w godzinach na dobę, a nie trening odbyty wysoko. Grupa, która mieszkała i trenowała wysoko, zyskała tyle samo w laboratorium i nic na bieżni pomiarowej — bo trening na wysokości jest wolniejszy, więc bodziec treningowy jest słabszy.

Skala jest skromna. Trzynaście sekund na pięciu kilometrach po czterech tygodniach obozu to wynik prawdziwy, opłacalny dla zawodowca i całkowicie nieosiągalny dla kogoś, kto ma tydzień urlopu.

W Polsce nie ma gdzie tego zrobić. Model wymaga mieszkania na wysokości rzędu 2500 metrów przez większość doby przez cztery tygodnie. Najwyższy punkt kraju leży na 2499 metrach i nikt tam nie mieszka.

Co więc daje tydzień biegania w górach? Bardzo dużo — tylko nie to. Daje przewyższenia, których nie ma w domu, pracę ekscentryczną na zbiegach, techniczne podłoże i długie godziny na nogach. Innymi słowy: daje trening górski, a nie trening wysokościowy, i to jest dobra wiadomość, bo trening górski przekłada się na wynik w terenie znacznie bardziej bezpośrednio. Jak z niego skorzystać, nie rozkładając nóg na tydzień, opisujemy przy technice podbiegów i zbiegów, a to, kiedy na podejściu przejść do marszu, rozstrzygamy osobno przy marszu i biegu w górach.

Woda, powietrze i słońce — trzy rzeczy, które odczujesz wcześniej niż brak tlenu

Na wysokościach, na których biega większość ludzi, to nie niedotlenienie robi różnicę, tylko trzy jego sąsiedzi.

Powietrze jest suche i zimne. Im wyżej, tym mniej pary wodnej mieści się w powietrzu i tym więcej wody tracisz przez sam oddech — a oddychasz szybciej, więc mnożnik działa dwa razy. Do tego dochodzi chłód, który tłumi pragnienie: pije się mniej dokładnie wtedy, gdy trzeba więcej. Ile realnie potrzebujesz, oszacujesz w kalkulatorze nawodnienia, a objawy, przy których trzeba przerwać, zebraliśmy przy odwodnieniu podczas biegania.

Promieniowanie UV rośnie szybciej niż wysokość. Porównanie wieloletnich pomiarów z Innsbrucka (577 m) i Jungfraujoch (3576 m) dało latem, przy bezchmurnym niebie, wzrost dawki rumieniotwórczej o 18% ±2% na każde 1000 metrów — przy wzroście całkowitego promieniowania słonecznego tylko o 8% i UVA o 9% [6]. To znaczy, że część widma odpowiadająca za oparzenie rośnie ponad dwa razy szybciej niż jasność, po której ją oceniamy. Wejście z osiemsetmetrowej doliny na dwuipółtysięczny grzbiet to około 30% więcej dawki rumieniotwórczej, a jeśli pod nogami leży śnieg, dochodzi do tego odbicie od podłoża. Cztery godziny na grani bez ochrony to poparzenie, nie opalenizna — i dotyczy to także dni pochmurnych, bo chmura tłumi jasność mocniej niż UV.

Chłód uderza w momencie, w którym przestajesz biec. Ta sama temperatura, która w ruchu jest przyjemna, po piętnastu minutach postoju na przełęczy przestaje taka być. Mechanizm i lista rzeczy, które to obsługują, są takie same jak przy nocnym bieganiu w terenie.

Biegacz pijący z miękkiej butelki na skalistej przełęczy w pełnym słońcu, czapka z daszkiem i okulary, w tle ośnieżone zbocze
Śnieg leżący obok ścieżki jest tu drugim źródłem promieniowania — odbija je z dołu, czyli tam, gdzie daszek czapki nie sięga. Chłód w ruchu tłumi pragnienie, więc na wysokości pije się według planu, a nie według odczucia.

Tempo, którego nie da się utrzymać

Zegarek na wysokości pokazuje prawdę, tylko o czym innym, niż myślisz. Tempo, które w domu jest spokojne, tutaj wypada w wysiłku progowym — i nie ma sposobu, żeby to obejść ambicją. Skoro czas utrzymania stałej prędkości spada ponad dwa razy szybciej niż samo VO2max [1], to próba dowiezienia domowego tempa kończy się nie zmęczeniem, tylko urwaniem.

Sterowanie na wysokości ma więc trzy zasady i żadna nie dotyczy tempa:

  • Oddech jest szybszym wskaźnikiem niż tętno, bo wentylacja reaguje na niedotlenienie natychmiast, a tętno z opóźnieniem. Kryterium na pierwsze dni: bieg, w którym możesz mówić pełnymi zdaniami.
  • Strefy tętna z domu przestają odpowiadać znanym tempom, ale nadal odpowiadają wysiłkowi — z tym, że w pierwszych dobach tętno przy tym samym wysiłku jest podwyższone. Jeśli używasz stref tętna, używaj ich do hamowania, a nie do wyciskania.
  • Pierwszy mocny akcent odkłada się co najmniej o trzy doby. Do tego czasu wszystko jest spokojne, także wtedy, gdy czujesz się dobrze — a zwłaszcza wtedy.

To samo dotyczy startu. Jeśli jedziesz na zawody, o Twoim wyniku rozstrzygnie nie to, ile stracisz na wysokości, tylko czy zaplanowałeś tempo, uwzględniając stratę. Reszta rzeczy, które rozstrzygają o pierwszym długim starcie w terenie, stoi przy biegu ultra od podstaw, a specyfika formatów rozgrywanych wysoko — przy skyrunningu.

Najczęstszy błąd: długie wybieganie w dniu przyjazdu

Piątek, dziesięć godzin jazdy, dolina alpejska o wysokości, na której w Polsce jest już tylko szczyt. Sobota rano, dwanaście kilometrów w spokojnym tempie, żeby „rozruszać nogi po podróży”. Po trzech kilometrach tętno jest o kilkanaście uderzeń wyższe niż zwykle, po sześciu pojawia się ból głowy, który zrzucasz na kawę i na klimatyzację w aucie. Wieczorem sen jest urywany, w niedzielę nogi ciężkie, a w poniedziałek — dzień przed startem — przychodzi wniosek, że forma gdzieś przepadła.

Nie przepadła. Wykonałeś mocny trening, nie wiedząc o tym, i wykonałeś go w dobie, w której organizm zajmował się czymś innym: zmianą wentylacji, odczynem krwi i objętością osocza. Bieg, który w domu byłby regeneracyjny, tutaj był akcentem.

Poprawna wersja jest krótka. Doba przyjazdu: spacer, jedzenie, picie, wcześnie spać. Pierwsze wyjście biegowe: krótkie i wolniejsze o tyle, ile podpowiada tabela wyżej — na 2000 metrach jest to około jednej dziesiątej wydolności, więc tempo bierzesz z założeniem podobnej straty. Pierwszy mocniejszy akcent: nie wcześniej niż po trzech dobach.

Drugi wariant tego samego błędu popełnia się w drugą stronę: traktowanie tygodnia w górach jako obozu wysokościowego i rozliczanie się z niego kilometrami. Tydzień na wysokości nie zbuduje Ci czerwonych krwinek — na to trzeba tygodni mieszkania wysoko [2]. Zbuduje coś innego i lepszego: godziny na nogach w terenie, którego nie ma w domu. Rozliczaj się więc z przewyższenia i czasu, a nie z tempa, bo tempo w tych warunkach nic o Tobie nie mówi. Jak podnosić wydolność tam, gdzie faktycznie się ją podnosi, opisujemy przy poprawianiu wydolności organizmu, a całość materiałów terenowych zbieramy w dziale biegi górskie.

Źródła

  • Wehrlin J.P., Hallén J., Linear decrease in VO2max and performance with increasing altitude in endurance athletes, „European Journal of Applied Physiology” 2006, 96(4), s. 404–412, DOI 10.1007/s00421-005-0081-9 — ośmiu wytrenowanych biegaczy w komorze hipobarycznej na wysokościach 300, 800, 1300, 1800, 2300 i 2800 m; spadek VO2max z 66 do 55 ml·kg⁻¹·min⁻¹, czyli 6,3% na każde 1000 m (zakres indywidualny 4,6–7,5%), skrócenie czasu do odmowy o 14,5% na 1000 m, spadek wysycenia hemoglobiny z 89,0% do 76,5%, różnica widoczna już między 300 a 800 m. [1]
  • Levine B.D., Stray-Gundersen J., „Living high-training low”: effect of moderate-altitude acclimatization with low-altitude training on performance, „Journal of Applied Physiology” 1997, 83(1), s. 102–112, DOI 10.1152/jappl.1997.83.1.102 — 39 wytrenowanych biegaczy, cztery tygodnie obozu, trzy grupy; wzrost VO2max o 5% i masy czerwonych krwinek o 9% w obu grupach wysokościowych, poprawa czasu na 5 km o 13,4 s wyłącznie w grupie mieszkającej na 2500 m i trenującej na 1250 m. [2]
  • Luks A.M., Beidleman B.A., Freer L. i wsp., Wilderness Medical Society Clinical Practice Guidelines for the Prevention, Diagnosis, and Treatment of Acute Altitude Illness: 2024 Update, „Wilderness & Environmental Medicine” 2024, 35(1 supl.), s. 2S–19S, DOI 10.1016/j.wem.2023.05.013 — próg 2500 m dla ryzyka ostrej choroby górskiej, obrzęku mózgu i obrzęku płuc u nieaklimatyzowanych mieszkańców nizin oraz zasada unikania dalszego wchodzenia i zejścia jako podstawowego postępowania. [3]
  • Roach R.C., Hackett P.H., Oelz O. i wsp. oraz Lake Louise AMS Score Consensus Committee, The 2018 Lake Louise Acute Mountain Sickness Score, „High Altitude Medicine & Biology” 2018, 19(1), s. 4–6, DOI 10.1089/ham.2017.0164 — cztery objawy punktowane od 0 do 3, warunek obecności bólu głowy i sumy co najmniej 3 punktów, ocena nie wcześniej niż sześć godzin po wejściu na nową wysokość, usunięcie zaburzeń snu z listy objawów. [4]
  • Siebenmann C., Robach P., Lundby C., Regulation of blood volume in lowlanders exposed to high altitude, „Journal of Applied Physiology” 2017, 123(4), s. 957–966, DOI 10.1152/japplphysiol.00118.2017 — początkowa hemokoncentracja wyłącznie ze spadku objętości osocza, ekspansja masy czerwonych krwinek dopiero po tygodniach i zwykle skromna, obniżona objętość krążącej krwi w pierwszych tygodniach ekspozycji. [5]
  • Blumthaler M., Ambach W., Ellinger R., Increase in solar UV radiation with altitude, „Journal of Photochemistry and Photobiology B: Biology” 1997, 39(2), s. 130–134, DOI 10.1016/S1011-1344(96)00018-8 — porównanie wieloletnich pomiarów z Innsbrucka (577 m) i Jungfraujoch (3576 m): latem przy bezchmurnym niebie dawka rumieniotwórcza rośnie o 18% ±2% na 1000 m, UVA o 9% ±2%, promieniowanie całkowite o 8% ±2%. [6]

Lista źródeł sprawdzona we wrześniu 2026.

Czego świadomie nie podajemy: nazw i dawek leków stosowanych w profilaktyce i leczeniu choroby górskiej — to decyzja lekarza podjęta przed wyjazdem, a nie treść poradnika. Nie podajemy też gotowego harmonogramu aklimatyzacji przed konkretnymi zawodami ani wysokości i profilów konkretnych tras; te sprawdzaj w regulaminie organizatora. Tabela strat opisuje pomiar laboratoryjny przy stałej prędkości, a nie prognozę Twojego czasu na mecie. Ten tekst jest materiałem informacyjnym, a nie poradą medyczną.

Najczęstsze pytania

Czy tydzień biegania w Tatrach to trening wysokościowy?

Nie. Model, na którym opiera się cała ta idea, wymaga mieszkania na wysokości rzędu 2500 metrów przez większość doby przez cztery tygodnie — i po takim obozie poprawa na pięciu kilometrach wyniosła 13,4 sekundy, wyłącznie w grupie, która mieszkała wysoko, a trenowała nisko. Tydzień na wysokości nie zbuduje czerwonych krwinek, bo ich przyrost liczy się w tygodniach, a nie w dniach. Tydzień w górach daje natomiast coś innego i dla biegacza terenowego bardziej wartościowego: przewyższenia, pracę ekscentryczną na zbiegach i godziny na nogach w podłożu, którego nie ma w domu.

Od jakiej wysokości spada wydolność biegacza?

Wcześniej, niż się przyjmuje. W pomiarze na wytrenowanych biegaczach różnica była widoczna już między 300 a 800 metrami nad poziomem morza, a dalej spadek postępował liniowo — 6,3% maksymalnego pochłaniania tlenu na każde 1000 metrów, z rozrzutem indywidualnym od 4,6 do 7,5%. Praktycznie oznacza to około czterech procent na tysiącu metrów i około ośmiu na tysiącu sześciuset, czyli mniej, niż zabiera upał albo źle przespana noc. Warto pamiętać, że im wyższa wydolność wyjściowa, tym wcześniej niedotlenienie zaczyna ją ograniczać — u osób nietrenujących próg jest wyżej.

Ile dni przed startem w Alpach trzeba przyjechać?

Nie mamy na to pomiaru zrobionego na biegaczach startujących w terenie i każdy, kto podaje tu jedną liczbę, zgaduje. Z kolejności zmian fizjologicznych wynika natomiast wskazówka: pierwsza doba jest najgorsza, kompensacja nerkowa odczynu krwi zajmuje od jednej do czterech dób, a przyrost masy czerwonych krwinek — tygodnie. Start w drugiej albo trzeciej dobie trafia więc w dołek. Albo przyjeżdżasz na tyle wcześnie, żeby ten dołek minąć, albo startujesz zaraz po przyjeździe, zanim się zacznie.

Czy po powrocie z gór biega się szybciej?

Zwykle nie, a wynik morfologii bywa mylący. Wzrost stężenia hemoglobiny w pierwszych dniach na wysokości bierze się wyłącznie ze spadku objętości osocza, czyli z zagęszczenia krwi, a nie z przybycia krwinek. Ponieważ ubytek osocza jest szybszy i zwykle większy niż przyrost masy krwinek, objętość krążącej krwi w pierwszych tygodniach jest niższa niż w domu. Realna ekspansja masy czerwonych krwinek pojawia się dopiero po tygodniach, jest skromna i po zejściu cofa się szybciej, niż powstawała.

Czy w górach trzeba pić więcej wody niż na nizinach?

Tak, i to z trzech powodów naraz. Powietrze na wysokości jest suchsze, więc każdy oddech zabiera więcej wody. Oddychasz szybciej, więc ten sam mechanizm działa częściej. A chłód tłumi pragnienie, czyli pijesz mniej dokładnie wtedy, gdy potrzebujesz więcej. Praktyczny wniosek jest prosty: w górach pije się według planu i zegarka, a nie według odczucia — potrzebną ilość oszacujesz w naszym kalkulatorze nawodnienia.