Trzy rzeczy, które rozstrzygają
- Strata jest liniowa i niewielka na polskich wysokościach: 6,3% wydolności na każde 1000 metrów, czyli około ośmiu procent na 1600 metrach. Znacznie dotkliwsze jest to, że czas utrzymania konkretnej prędkości skraca się o 14,5% na 1000 metrów — na wysokości nie brakuje siły, tylko nie da się dowieźć tempa.
- Zysk wymaga tygodni mieszkania wysoko, nie tygodnia biegania wysoko. W badaniu, na którym stoi cały ten pomysł, poprawę uzyskała wyłącznie grupa mieszkająca na 2500 metrach i trenująca na 1250, a wyniosła ona 13,4 sekundy na pięciu kilometrach po czterech tygodniach obozu.
- Cała Polska leży poniżej 2500 metrów, czyli poniżej progu, od którego wytyczne mówią o ostrej chorobie górskiej. Na krajowych trasach realnym zagrożeniem jest wychłodzenie, odwodnienie, promieniowanie rumieniotwórcze rosnące o 18% na każdy tysiąc metrów i pogoda, a nie niedotlenienie.
Od ilu metrów bieganie naprawdę robi się trudniejsze
Mierzalny spadek wydolności zaczyna się znacznie niżej, niż mówi legenda o „trzech tysiącach” — u wytrenowanych biegaczy widać go już między 300 a 800 metrami nad poziomem morza, a dalej postępuje liniowo, o 6,3% maksymalnego pochłaniania tlenu na każde 1000 metrów [1]. Odczuwalny robi się jednak dopiero wyżej: na 1600 metrach, czyli na górnej półce polskich tras biegowych, jest to 8,2 procent, a więc mniej, niż zabiera upał albo źle przespana noc.
Odwrotnie działa druga strona tej samej sprawy i to ona jest źródłem większości nieporozumień. Korzyść z „treningu wysokogórskiego” zaczyna się dużo wyżej i trwa dużo dłużej, niż zakłada osoba jadąca na tydzień w Tatry. W klasycznym badaniu nad modelem „mieszkaj wysoko, trenuj nisko” cztery tygodnie mieszkania na 2500 metrach dały poprawę na pięciu kilometrach o 13,4 sekundy [2]. Cztery tygodnie. Trzynaście sekund.
Niżej: tabela strat na każdej wysokości, co się dzieje w pierwszej dobie, ile trwa aklimatyzacja, dlaczego promieniowanie UV rośnie szybciej niż wysokość, i gdzie w tym wszystkim mieści się Polska — cała, co do metra, poniżej progu, od którego wytyczne w ogóle zaczynają mówić o chorobie wysokościowej.
Czerwone flagi — kiedy przerwać wysiłek, zejść i szukać pomocy
Podróż powyżej 2500 metrów przez osobę nieaklimatyzowaną, mieszkającą na nizinach, wiąże się z ryzykiem ostrej choroby górskiej (AMS) oraz jej dwóch groźnych dla życia postaci: obrzęku mózgu (HACE) i obrzęku płuc (HAPE) [3]. Poniżej tego progu takie stany są rzadkie, ale objawy poniżej opisane obowiązują niezależnie od wysokości, na której się pojawią.
Ostrą chorobę górską rozpoznaje się według skali z 2018 roku po czterech objawach: bólu głowy, dolegliwościach żołądkowo-jelitowych, zmęczeniu lub osłabieniu oraz zawrotach głowy. Każdy ocenia się od 0 do 3, a warunkiem jest obecność bólu głowy i suma co najmniej 3 punktów. Ocenę wykonuje się nie wcześniej niż sześć godzin po wejściu na nową wysokość, żeby nie pomylić choroby górskiej ze zmęczeniem podróżą. Zaburzenia snu, obecne w wersji z 1991 roku, zostały ze skali usunięte — okazały się skutkiem samego niedotlenienia, a nie objawem choroby [4].
Przerwij wysiłek, zejdź niżej i szukaj pomocy, jeśli pojawi się którakolwiek z tych rzeczy.
- Zaburzenia równowagi i chodu — niemożność przejścia kilku kroków stopa za stopą po linii prostej u osoby, która wcześniej szła normalnie
- Splątanie, dziwne zachowanie, senność, z której trudno kogoś wybudzić, zaburzenia mowy lub widzenia
- Duszność w spoczynku, która nie ustępuje po kilku minutach odpoczynku, kaszel, uczucie ucisku w klatce piersiowej, nagły i nieproporcjonalny spadek możliwości wysiłkowych
- Ból głowy, który narasta mimo odpoczynku i nawodnienia, wymioty uniemożliwiające picie
- Objawy, które nie ustępują po godzinie odpoczynku albo pogarszają się w trakcie schodzenia
Trzy zasady, które ratują najwięcej sytuacji i nie wymagają żadnego sprzętu:
- Z objawami się nie wchodzi wyżej. Nie „jeszcze tylko na przełęcz”. Nigdzie.
- Zejście jest podstawowym postępowaniem. Jeśli objawy się nasilają albo nie ustępują, schodzisz — i schodzisz od razu, a nie „jak się rozjaśni”.
- Osoby z objawami nie zostawia się samej, także wtedy, gdy twierdzi, że czuje się dobrze. Pogorszenie w tych stanach bywa szybkie, a jednym z jego składników jest to, że chory przestaje trafnie oceniać własny stan.
Ten tekst nie służy do rozpoznawania choroby u siebie ani u kogoś innego i nie zastępuje kontaktu z lekarzem. Nie podajemy nazw ani dawek leków — profilaktyka i leczenie farmakologiczne istnieją, ale są decyzją lekarza podjętą przed wyjazdem, a nie rzeczą do ustalenia na szlaku. Zasady, na jakich powstają nasze treści, opisujemy w polityce redakcyjnej.
Ile realnie tracisz na każde 1000 metrów
Ośmiu wytrenowanych biegaczy przeszło w komorze hipobarycznej sześć testów — na wysokościach 300, 800, 1300, 1800, 2300 i 2800 metrów — biegnąc do odmowy z tą samą prędkością na każdej z nich. Maksymalne pochłanianie tlenu spadło z 66 do 55 mililitrów na kilogram na minutę, co autorzy podsumowali jako 6,3% na każde 1000 metrów (rozrzut indywidualny od 4,6 do 7,5%). Wysycenie hemoglobiny tlenem na końcu wysiłku spadło z 89,0% na 300 metrach do 76,5% na 2800 [1].
I teraz liczba, która jest w tym badaniu najważniejsza, a którą poradniki najczęściej pomijają. Czas, przez który dało się utrzymać tę samą prędkość, skracał się o 14,5% na każde 1000 metrów — czyli ponad dwa razy szybciej niż spadało samo VO2max [1]. Wydolność maleje łagodnie, zdolność do utrzymania konkretnego tempa maleje stromo. To jest fizjologiczne uzasadnienie zdania, które i tak każdy zna z praktyki: na wysokości nie tyle brakuje siły, ile nie da się dowieźć tempa do końca.
| Wysokość | Szacowany spadek VO2max wobec 300 m n.p.m. | Skrócenie czasu przy stałej, wysokiej prędkości (też wobec 300 m) | Co to znaczy w praktyce |
|---|---|---|---|
| 500 m | −1,3% | −2,9% | nie do wychwycenia bez laboratorium |
| 800 m | −3,1% | −7,2% | pierwsza wysokość, na której pomiar widzi różnicę |
| 1000 m | −4,4% | −10,1% | odczuwalne dopiero w mocnym akcencie, nie w spokojnym biegu |
| 1300 m | −6,3% | −14,5% | tempo progowe wyraźnie trudniejsze do utrzymania |
| 1600 m | −8,2% | −18,9% | górna półka polskich tras biegowych |
| 2000 m | −10,7% | −24,6% | wyjazd w Alpy zaczyna się mniej więcej tutaj |
| 2499 m | −13,9% | −31,9% | najwyższy punkt w Polsce |
| 2800 m | −15,8% | −36,2% | najwyższa wysokość zbadana w cytowanym pomiarze |
Cztery zastrzeżenia do tej tabeli. Zero tej tabeli leży na 300 metrach nad poziomem morza, bo to najniższa wysokość, na której wykonano pomiar [1] — wiersz „500 m → −1,3%” mówi więc o stracie wobec trzystu metrów, a nie wobec poziomu morza. Przy odczycie z poziomu morza każdą wartość trzeba by podnieść o mniej więcej 1,9 punktu procentowego. Wiersze poniżej 800 metrów i powyżej 2800 to ekstrapolacja liniowego modelu poza zakres, w którym mierzono — traktuj je jako rząd wielkości. Kolumna trzecia opisuje bardzo konkretną rzecz: czas do odmowy przy stałej prędkości odpowiadającej 107% wydolności z poziomu morza, a więc wysiłek krótki i bardzo mocny. Nie jest to prognoza czasu na dziesiątce ani na maratonie i nie wolno jej tak czytać. I trzecie: pomiar wykonano na wytrenowanych biegaczach, u których spadek zaczyna się niżej niż u osób nietrenujących — im wyższa wydolność wyjściowa, tym wcześniej niedotlenienie zaczyna ją ograniczać.
Polska kończy się metr poniżej progu
Najwyższy punkt w Polsce leży na wysokości 2499 metrów — jeden metr poniżej 2500 metrów, od których wytyczne w ogóle zaczynają mówić o ostrej chorobie górskiej u nieaklimatyzowanych mieszkańców nizin [3]. To nie jest zabawny zbieg okoliczności, tylko najkrótsze możliwe podsumowanie całego tematu dla polskiego biegacza.
Praktycznie oznacza to trzy rzeczy.
Na polskich trasach górskich fizjologia wysokości nie jest Twoim problemem. Biegasz w paśmie, w którym strata wynosi kilka procent wydolności — mniej, niż zabiera trzydziestostopniowy upał albo katar. Jeśli podbieg jest ciężki, to dlatego, że jest stromy, a nie dlatego, że powietrze jest rzadkie. Ile z tej trudności bierze się z samego nachylenia, rozłożyliśmy przy przewyższeniach i płaskich kilometrach.
Problemem są rzeczy, które z wysokością mylimy. Wychłodzenie, odwodnienie, wyczerpanie, uraz i pogoda zmieniająca się w kwadrans zabierają w polskich górach nieporównanie więcej osób niż niedotlenienie. Lista sprzętu, która to obsługuje, stoi przy wyposażeniu obowiązkowym na bieg górski.
Wyjazd w Alpy albo Pireneje to inna rozmowa. Tam schroniska stoją na wysokościach, na których Polska się kończy, a trasy prowadzą wyżej. Wszystko, co niżej w tym tekście dotyczy aklimatyzacji, pierwszej doby i choroby górskiej, dotyczy właśnie tego wyjazdu — a nie weekendu w Beskidach.

Pierwsza doba jest najgorsza i to nie jest wrażenie
Kolejność zdarzeń po wejściu na wysokość jest powtarzalna i tłumaczy, dlaczego pierwszy dzień jest gorszy niż trzeci.
Oddech przyspiesza od razu. Niedotlenienie zwiększa wentylację, ta wypłukuje dwutlenek węgla, a wypłukanie dwutlenku węgla zmienia odczyn krwi. Nerki kompensują to dopiero w ciągu kolejnych dni. Przez ten czas oddech jest szybszy przy tym samym wysiłku i szybszy w spoczynku — łącznie z nocą.
Tętno przy tym samym tempie jest wyższe. Serce nadrabia to, czego nie dowozi krew: przy niższym wysyceniu hemoglobiny trzeba przepompować jej więcej, żeby dostarczyć tyle samo tlenu. Zegarek pokazuje wtedy tętno progowe przy tempie, które w domu było spokojne — i jest to odczyt prawdziwy, a nie usterka.
Objętość osocza spada w ciągu pierwszych dni. Krew gęstnieje, hemoglobina na mililitr rośnie — ale nie dlatego, że przybyło krwinek. Początkowa hemokoncentracja bierze się wyłącznie ze zmniejszenia objętości osocza, a ekspansja masy czerwonych krwinek pojawia się dopiero po tygodniach i jest zwykle skromna [5]. Ponieważ ubytek osocza jest szybszy i zwykle większy niż przyrost krwinek, objętość krążącej krwi w pierwszych tygodniach jest niższa niż w domu [5]. To najbardziej niedoceniany fakt z całej tej listy: wyższa hemoglobina w morfologii po powrocie z gór nie jest jeszcze dowodem na to, że coś zyskałeś.
Sen jest gorszy. Nie chodzi o hałas w schronisku. Zaburzenia snu na wysokości są na tyle regularnym skutkiem samego niedotlenienia, że komisja rewidująca skalę choroby górskiej wykreśliła je z listy jej objawów — właśnie dlatego, że pojawiają się u ludzi, którzy nie chorują [4].
Praktyczny wniosek jest jeden i nudny: pierwsza doba jest doba na spacer, a nie na trening. Jeśli program przewiduje długie wybieganie w dniu przyjazdu, to program jest zły.
Aklimatyzacja: co się zmienia i ile to trwa
Aklimatyzacja nie jest jednym procesem, tylko kilkoma o różnych zegarach — i stąd bierze się większość rozczarowań.
| Co się zmienia | Kiedy | Co to daje |
|---|---|---|
| wzrost wentylacji | minuty–godziny | więcej powietrza na oddech, kosztem wypłukiwania dwutlenku węgla |
| kompensacja nerkowa odczynu krwi | 1–4 doby | oddech przestaje być tak nieproporcjonalny do wysiłku |
| spadek objętości osocza | pierwsze doby | wyższa hemoglobina na mililitr, ale niższa objętość krwi |
| wzrost masy czerwonych krwinek | tygodnie | to jedyna zmiana zwiększająca realną pojemność tlenową — i najwolniejsza |
| powrót po zejściu | dni–tygodnie | to, co zbudowałeś przez tygodnie, rozchodzi się szybciej, niż powstawało |
Dla kogoś, kto jedzie na zawody w Alpy, praktyczna konsekwencja jest taka: albo przyjeżdżasz na tyle wcześnie, żeby zdążyła zadziałać kompensacja nerkowa i objętość osocza zdążyła się ustabilizować, albo startujesz tak szybko po przyjeździe, żeby zdążyć przed najgorszym. Środek — start w drugiej albo trzeciej dobie — trafia dokładnie w dołek. Nie mamy dla tej reguły pomiaru na biegaczach startujących w terenie i podajemy ją jako wniosek z kolejności zdarzeń wyżej, a nie jako wynik badania.
Dlaczego tydzień w górach nie jest „treningiem wysokogórskim”
Model, na który powołuje się cały ten pomysł, nazywa się „mieszkaj wysoko, trenuj nisko” i został opisany w badaniu z 1997 roku. Trzydziestu dziewięciu wytrenowanych biegaczy podzielono na trzy grupy na cztery tygodnie obozu: mieszkanie na 2500 metrach z treningiem na 1250, mieszkanie i trening na 2500 oraz grupa kontrolna nizinna. Obie grupy wysokościowe zyskały 5% VO2max proporcjonalnie do przyrostu masy czerwonych krwinek o 9%. Ale wynik na pięciu kilometrach poprawiła wyłącznie grupa mieszkająca wysoko i trenująca nisko — o 13,4 sekundy [2].
Wyciągnij z tego trzy rzeczy.
Zadziałało mieszkanie, nie bieganie. Bodźcem był czas spędzony wysoko, liczony w tygodniach i w godzinach na dobę, a nie trening odbyty wysoko. Grupa, która mieszkała i trenowała wysoko, zyskała tyle samo w laboratorium i nic na bieżni pomiarowej — bo trening na wysokości jest wolniejszy, więc bodziec treningowy jest słabszy.
Skala jest skromna. Trzynaście sekund na pięciu kilometrach po czterech tygodniach obozu to wynik prawdziwy, opłacalny dla zawodowca i całkowicie nieosiągalny dla kogoś, kto ma tydzień urlopu.
W Polsce nie ma gdzie tego zrobić. Model wymaga mieszkania na wysokości rzędu 2500 metrów przez większość doby przez cztery tygodnie. Najwyższy punkt kraju leży na 2499 metrach i nikt tam nie mieszka.
Co więc daje tydzień biegania w górach? Bardzo dużo — tylko nie to. Daje przewyższenia, których nie ma w domu, pracę ekscentryczną na zbiegach, techniczne podłoże i długie godziny na nogach. Innymi słowy: daje trening górski, a nie trening wysokościowy, i to jest dobra wiadomość, bo trening górski przekłada się na wynik w terenie znacznie bardziej bezpośrednio. Jak z niego skorzystać, nie rozkładając nóg na tydzień, opisujemy przy technice podbiegów i zbiegów, a to, kiedy na podejściu przejść do marszu, rozstrzygamy osobno przy marszu i biegu w górach.
Woda, powietrze i słońce — trzy rzeczy, które odczujesz wcześniej niż brak tlenu
Na wysokościach, na których biega większość ludzi, to nie niedotlenienie robi różnicę, tylko trzy jego sąsiedzi.
Powietrze jest suche i zimne. Im wyżej, tym mniej pary wodnej mieści się w powietrzu i tym więcej wody tracisz przez sam oddech — a oddychasz szybciej, więc mnożnik działa dwa razy. Do tego dochodzi chłód, który tłumi pragnienie: pije się mniej dokładnie wtedy, gdy trzeba więcej. Ile realnie potrzebujesz, oszacujesz w kalkulatorze nawodnienia, a objawy, przy których trzeba przerwać, zebraliśmy przy odwodnieniu podczas biegania.
Promieniowanie UV rośnie szybciej niż wysokość. Porównanie wieloletnich pomiarów z Innsbrucka (577 m) i Jungfraujoch (3576 m) dało latem, przy bezchmurnym niebie, wzrost dawki rumieniotwórczej o 18% ±2% na każde 1000 metrów — przy wzroście całkowitego promieniowania słonecznego tylko o 8% i UVA o 9% [6]. To znaczy, że część widma odpowiadająca za oparzenie rośnie ponad dwa razy szybciej niż jasność, po której ją oceniamy. Wejście z osiemsetmetrowej doliny na dwuipółtysięczny grzbiet to około 30% więcej dawki rumieniotwórczej, a jeśli pod nogami leży śnieg, dochodzi do tego odbicie od podłoża. Cztery godziny na grani bez ochrony to poparzenie, nie opalenizna — i dotyczy to także dni pochmurnych, bo chmura tłumi jasność mocniej niż UV.
Chłód uderza w momencie, w którym przestajesz biec. Ta sama temperatura, która w ruchu jest przyjemna, po piętnastu minutach postoju na przełęczy przestaje taka być. Mechanizm i lista rzeczy, które to obsługują, są takie same jak przy nocnym bieganiu w terenie.

Tempo, którego nie da się utrzymać
Zegarek na wysokości pokazuje prawdę, tylko o czym innym, niż myślisz. Tempo, które w domu jest spokojne, tutaj wypada w wysiłku progowym — i nie ma sposobu, żeby to obejść ambicją. Skoro czas utrzymania stałej prędkości spada ponad dwa razy szybciej niż samo VO2max [1], to próba dowiezienia domowego tempa kończy się nie zmęczeniem, tylko urwaniem.
Sterowanie na wysokości ma więc trzy zasady i żadna nie dotyczy tempa:
- Oddech jest szybszym wskaźnikiem niż tętno, bo wentylacja reaguje na niedotlenienie natychmiast, a tętno z opóźnieniem. Kryterium na pierwsze dni: bieg, w którym możesz mówić pełnymi zdaniami.
- Strefy tętna z domu przestają odpowiadać znanym tempom, ale nadal odpowiadają wysiłkowi — z tym, że w pierwszych dobach tętno przy tym samym wysiłku jest podwyższone. Jeśli używasz stref tętna, używaj ich do hamowania, a nie do wyciskania.
- Pierwszy mocny akcent odkłada się co najmniej o trzy doby. Do tego czasu wszystko jest spokojne, także wtedy, gdy czujesz się dobrze — a zwłaszcza wtedy.
To samo dotyczy startu. Jeśli jedziesz na zawody, o Twoim wyniku rozstrzygnie nie to, ile stracisz na wysokości, tylko czy zaplanowałeś tempo, uwzględniając stratę. Reszta rzeczy, które rozstrzygają o pierwszym długim starcie w terenie, stoi przy biegu ultra od podstaw, a specyfika formatów rozgrywanych wysoko — przy skyrunningu.
Najczęstszy błąd: długie wybieganie w dniu przyjazdu
Piątek, dziesięć godzin jazdy, dolina alpejska o wysokości, na której w Polsce jest już tylko szczyt. Sobota rano, dwanaście kilometrów w spokojnym tempie, żeby „rozruszać nogi po podróży”. Po trzech kilometrach tętno jest o kilkanaście uderzeń wyższe niż zwykle, po sześciu pojawia się ból głowy, który zrzucasz na kawę i na klimatyzację w aucie. Wieczorem sen jest urywany, w niedzielę nogi ciężkie, a w poniedziałek — dzień przed startem — przychodzi wniosek, że forma gdzieś przepadła.
Nie przepadła. Wykonałeś mocny trening, nie wiedząc o tym, i wykonałeś go w dobie, w której organizm zajmował się czymś innym: zmianą wentylacji, odczynem krwi i objętością osocza. Bieg, który w domu byłby regeneracyjny, tutaj był akcentem.
Poprawna wersja jest krótka. Doba przyjazdu: spacer, jedzenie, picie, wcześnie spać. Pierwsze wyjście biegowe: krótkie i wolniejsze o tyle, ile podpowiada tabela wyżej — na 2000 metrach jest to około jednej dziesiątej wydolności, więc tempo bierzesz z założeniem podobnej straty. Pierwszy mocniejszy akcent: nie wcześniej niż po trzech dobach.
Drugi wariant tego samego błędu popełnia się w drugą stronę: traktowanie tygodnia w górach jako obozu wysokościowego i rozliczanie się z niego kilometrami. Tydzień na wysokości nie zbuduje Ci czerwonych krwinek — na to trzeba tygodni mieszkania wysoko [2]. Zbuduje coś innego i lepszego: godziny na nogach w terenie, którego nie ma w domu. Rozliczaj się więc z przewyższenia i czasu, a nie z tempa, bo tempo w tych warunkach nic o Tobie nie mówi. Jak podnosić wydolność tam, gdzie faktycznie się ją podnosi, opisujemy przy poprawianiu wydolności organizmu, a całość materiałów terenowych zbieramy w dziale biegi górskie.
Źródła
- Wehrlin J.P., Hallén J., Linear decrease in VO2max and performance with increasing altitude in endurance athletes, „European Journal of Applied Physiology” 2006, 96(4), s. 404–412, DOI 10.1007/s00421-005-0081-9 — ośmiu wytrenowanych biegaczy w komorze hipobarycznej na wysokościach 300, 800, 1300, 1800, 2300 i 2800 m; spadek VO2max z 66 do 55 ml·kg⁻¹·min⁻¹, czyli 6,3% na każde 1000 m (zakres indywidualny 4,6–7,5%), skrócenie czasu do odmowy o 14,5% na 1000 m, spadek wysycenia hemoglobiny z 89,0% do 76,5%, różnica widoczna już między 300 a 800 m. [1]
- Levine B.D., Stray-Gundersen J., „Living high-training low”: effect of moderate-altitude acclimatization with low-altitude training on performance, „Journal of Applied Physiology” 1997, 83(1), s. 102–112, DOI 10.1152/jappl.1997.83.1.102 — 39 wytrenowanych biegaczy, cztery tygodnie obozu, trzy grupy; wzrost VO2max o 5% i masy czerwonych krwinek o 9% w obu grupach wysokościowych, poprawa czasu na 5 km o 13,4 s wyłącznie w grupie mieszkającej na 2500 m i trenującej na 1250 m. [2]
- Luks A.M., Beidleman B.A., Freer L. i wsp., Wilderness Medical Society Clinical Practice Guidelines for the Prevention, Diagnosis, and Treatment of Acute Altitude Illness: 2024 Update, „Wilderness & Environmental Medicine” 2024, 35(1 supl.), s. 2S–19S, DOI 10.1016/j.wem.2023.05.013 — próg 2500 m dla ryzyka ostrej choroby górskiej, obrzęku mózgu i obrzęku płuc u nieaklimatyzowanych mieszkańców nizin oraz zasada unikania dalszego wchodzenia i zejścia jako podstawowego postępowania. [3]
- Roach R.C., Hackett P.H., Oelz O. i wsp. oraz Lake Louise AMS Score Consensus Committee, The 2018 Lake Louise Acute Mountain Sickness Score, „High Altitude Medicine & Biology” 2018, 19(1), s. 4–6, DOI 10.1089/ham.2017.0164 — cztery objawy punktowane od 0 do 3, warunek obecności bólu głowy i sumy co najmniej 3 punktów, ocena nie wcześniej niż sześć godzin po wejściu na nową wysokość, usunięcie zaburzeń snu z listy objawów. [4]
- Siebenmann C., Robach P., Lundby C., Regulation of blood volume in lowlanders exposed to high altitude, „Journal of Applied Physiology” 2017, 123(4), s. 957–966, DOI 10.1152/japplphysiol.00118.2017 — początkowa hemokoncentracja wyłącznie ze spadku objętości osocza, ekspansja masy czerwonych krwinek dopiero po tygodniach i zwykle skromna, obniżona objętość krążącej krwi w pierwszych tygodniach ekspozycji. [5]
- Blumthaler M., Ambach W., Ellinger R., Increase in solar UV radiation with altitude, „Journal of Photochemistry and Photobiology B: Biology” 1997, 39(2), s. 130–134, DOI 10.1016/S1011-1344(96)00018-8 — porównanie wieloletnich pomiarów z Innsbrucka (577 m) i Jungfraujoch (3576 m): latem przy bezchmurnym niebie dawka rumieniotwórcza rośnie o 18% ±2% na 1000 m, UVA o 9% ±2%, promieniowanie całkowite o 8% ±2%. [6]
Lista źródeł sprawdzona we wrześniu 2026.
Czego świadomie nie podajemy: nazw i dawek leków stosowanych w profilaktyce i leczeniu choroby górskiej — to decyzja lekarza podjęta przed wyjazdem, a nie treść poradnika. Nie podajemy też gotowego harmonogramu aklimatyzacji przed konkretnymi zawodami ani wysokości i profilów konkretnych tras; te sprawdzaj w regulaminie organizatora. Tabela strat opisuje pomiar laboratoryjny przy stałej prędkości, a nie prognozę Twojego czasu na mecie. Ten tekst jest materiałem informacyjnym, a nie poradą medyczną.
Najczęstsze pytania
Czy tydzień biegania w Tatrach to trening wysokościowy?
Nie. Model, na którym opiera się cała ta idea, wymaga mieszkania na wysokości rzędu 2500 metrów przez większość doby przez cztery tygodnie — i po takim obozie poprawa na pięciu kilometrach wyniosła 13,4 sekundy, wyłącznie w grupie, która mieszkała wysoko, a trenowała nisko. Tydzień na wysokości nie zbuduje czerwonych krwinek, bo ich przyrost liczy się w tygodniach, a nie w dniach. Tydzień w górach daje natomiast coś innego i dla biegacza terenowego bardziej wartościowego: przewyższenia, pracę ekscentryczną na zbiegach i godziny na nogach w podłożu, którego nie ma w domu.
Od jakiej wysokości spada wydolność biegacza?
Wcześniej, niż się przyjmuje. W pomiarze na wytrenowanych biegaczach różnica była widoczna już między 300 a 800 metrami nad poziomem morza, a dalej spadek postępował liniowo — 6,3% maksymalnego pochłaniania tlenu na każde 1000 metrów, z rozrzutem indywidualnym od 4,6 do 7,5%. Praktycznie oznacza to około czterech procent na tysiącu metrów i około ośmiu na tysiącu sześciuset, czyli mniej, niż zabiera upał albo źle przespana noc. Warto pamiętać, że im wyższa wydolność wyjściowa, tym wcześniej niedotlenienie zaczyna ją ograniczać — u osób nietrenujących próg jest wyżej.
Ile dni przed startem w Alpach trzeba przyjechać?
Nie mamy na to pomiaru zrobionego na biegaczach startujących w terenie i każdy, kto podaje tu jedną liczbę, zgaduje. Z kolejności zmian fizjologicznych wynika natomiast wskazówka: pierwsza doba jest najgorsza, kompensacja nerkowa odczynu krwi zajmuje od jednej do czterech dób, a przyrost masy czerwonych krwinek — tygodnie. Start w drugiej albo trzeciej dobie trafia więc w dołek. Albo przyjeżdżasz na tyle wcześnie, żeby ten dołek minąć, albo startujesz zaraz po przyjeździe, zanim się zacznie.
Czy po powrocie z gór biega się szybciej?
Zwykle nie, a wynik morfologii bywa mylący. Wzrost stężenia hemoglobiny w pierwszych dniach na wysokości bierze się wyłącznie ze spadku objętości osocza, czyli z zagęszczenia krwi, a nie z przybycia krwinek. Ponieważ ubytek osocza jest szybszy i zwykle większy niż przyrost masy krwinek, objętość krążącej krwi w pierwszych tygodniach jest niższa niż w domu. Realna ekspansja masy czerwonych krwinek pojawia się dopiero po tygodniach, jest skromna i po zejściu cofa się szybciej, niż powstawała.
Czy w górach trzeba pić więcej wody niż na nizinach?
Tak, i to z trzech powodów naraz. Powietrze na wysokości jest suchsze, więc każdy oddech zabiera więcej wody. Oddychasz szybciej, więc ten sam mechanizm działa częściej. A chłód tłumi pragnienie, czyli pijesz mniej dokładnie wtedy, gdy potrzebujesz więcej. Praktyczny wniosek jest prosty: w górach pije się według planu i zegarka, a nie według odczucia — potrzebną ilość oszacujesz w naszym kalkulatorze nawodnienia.